sobota, 29 sierpnia 2015

Brzydulą jesteś, kiedy brzydulą się czujesz.

Posiadanie lustra uświadomiło mi jedną bardzo ważną acz odrobinę smutną rzecz. Czasami w życiu nie jest najstraszniejsze to, że robota do dupy albo że facet nas nie chce. Najgorzej jak to lustro robi sobie z nas podśmiechujki. Najgorzej jak same chcemy przyozdobić głowy papierowymi torbami. Najgorzej to siebie nie kochać.

Bycie brzydkim jest męczące. Zabrzmi to może tak, jakbym miała fajne narkotyki, ale czasem marzę o tym, żeby znaleźć się gdzieś poza własnym ciałem, porzucić tę powłokę przy rzadko uczęszczanej szosie albo w lesie. Tak żebym już nigdy nie musiała desperacko pragnąć być ładna, histeryzować, bo nie mam buzi jak porcelanowa laleczka ani bać się, że moja powierzchowność będzie dla jakiejś Ąndżeli inspiracją do wyrzygiwania jadu w internecie. Wkurwia mnie, że dla niektórych zawsze będę tylko pyzatym licem jak patelnia albo kartoflanym nosem.

Dla takich jak ja - ludzi, którzy są kłębkami kompleksów - próba polubienia siebie, zaakceptowania wszystkich swoich niedostatków to jedno z największych wyzwań, z jakimi można się zmierzyć. Niekiedy bywa lepiej: mam dobry dzień, miesiąc albo kwartał, beztrosko potrząsam czupryną niczym w reklamie Schaumy, rzygam tęczą i lśnię jak metaliczne tatuaże. Ewentualnie dopuszczam do siebie myśl, że są gorsze nieszczęścia niż to, że się nie wygląda jak księżniczka Disneya. Przecież mogłam mieć w życiu naprawdę przejebane: mogłam urodzić się nieuleczalnie chora, stracić wszystkich bliskich albo być małym jeżem rozjechanym przez samochód. Serio, wiem, ile mam szczęścia. Po prostu to nie zawsze wystarcza, żeby nie czuć się tą gorszą.

A że nie zawsze wystarcza, przez lata starałam się zasłużyć na uznanie w swoich własnych oczach w inny sposób. Bywało, że chorobliwie próbowałam być tą najbardziej zabawną, oczytaną, najdojrzalszą wśród rówieśników, najbardziej zdystansowaną i najbardziej wyjątkową. Kiedy mi się  nie udawało, czułam się jeszcze gorzej, lubiłam siebie jeszcze mniej. Dręczyłam się myślami, że gdybym była ładna, potrafiłabym pokonać nieśmiałość, być bardziej przebojowa, miałabym masę znajomych, a moje życie mogłoby być scenariuszem amerykańskiego filmu. Z anielską twarzyczką byłabym jak pomidorowa - wszyscy by mnie lubili i akceptowali. Odkrycie, że to nie działa w ten sposób, zajęło mi bardzo dużo czasu. Dziś jest mi nieco łatwiej, jednak nadal daleko mi do uważania się za najlepszą szprychę w sołectwie.

Każdy cenny, z trudem wydębiony od życia okruch pewności siebie potrafi mi się łatwo zapodziać. Wystarczy czyjś kpiący wzrok albo śmiech. Nawet ten najbardziej niewinny komentarz czy niespodziewany rechot za plecami to katorga, nawet jeśli to tylko grupka nastolatków, która jara się nowym nagraniem jakiegoś pana z youtube'a. Nie lubię pozować do zdjęć, w sklepowych przymierzalniach czasem chce mi wyć i nienawidzę, gdy nieznajomi dłużej wpatrują się w moją twarz (to oczywiste, że szukają w niej czegoś, co można by skrytykować, w końcu dlaczego mieliby się oprzeć tej pokusie, której ja ulegam tak często, nie?).

Można takim jak ja nakazać, żeby się wzięły w garść, zamiast narzekać. Można żonglować cennymi poradami, jak sprawić, by wyglądały prawie dobrze i powtarzać, że nie ma kobiet brzydkich, są tylko te zaniedbane/leniwe/na tyle głupie, by nie trafić do najbliższego Rossmanna po tusz do rzęs i eyeliner.

Tylko, że to wcale nie jest tak, że jak mi każą stanąć w samych gaciach przed ogromnym lustrem i się rozpłakać, a następnie wyślą do fryzjera i dadzą tysiąc baksów na nową sukienkę, to już do końca życia będę kręcić piruety i uważać się za Marilyn Monroe.
To nie jest tak, że jak mi w swej wielkiej uprzejmości zasugerują, że mogę wyrzeźbić brzuch na siłowni i zrobić sobie mejkap, to mnie zbawią i wyratują ze szponów tej ciemnej, nieprzyjaznej szpetoty. Mnie nie uleczą drobinki różu na policzkach ani wieczorne podrygi z Ewą. Kiedy wciskają mi szminkę jako remedium na uporanie się z niską samooceną, to prawie tak jakby kazali mi z Wąchocka do Chin wykopać tunel łyżeczką.

Nie żyję pod kamieniem, jestem świadoma tego, że w XXI wieku w pół godziny mogę sobie namalować zupełnie nową twarz, którą z dumą mogłabym prezentować światu, jednak nie uporawszy się wcześniej ze swoimi kompleksami, nakładając tę szpachlę, miałabym wrażenie, że jestem zdezelowanym małym fiatem, który próbuje sobie wmówić, że jest nowiutkim mercedesem.
Ja najpierw muszę znaleźć w sobie siłę na to, żeby móc spokojnie spoglądać na swoje odbicie w lustrze. Co z tego, że będę miała perfekcyjną fryzurę, tęczę na powiekach i dekolt krzyczący "chłopcy, umyjcie rączki, podano do stołu", skoro w środku pozostanę zakompleksioną, rozgoryczoną bułą czującą się jak rozczłapany laczek w otoczeniu lśniących louboutinów. Bo brzydulą jesteś, kiedy brzydulą się czujesz. Nawet wtedy, gdy jesteś Heleną Trojańską i masz nogi do nieba.

To nie jest wcale tak, że wygodniej jest mi nic z tym nie robić - uwierzcie, odkąd odkryłam, że nie mam szans na koronę miss leżakowania w przedszkolu, staram się "wziąć w garść" i "dać sobie spokój". I wmówić sobie, że ja=chodząca jaśnie zajebistość, a ciało to tylko takie etui na duszę.
Tylko, że tak jak wspominałam, cały ten wykańczający proces wyhodowania miłości do siebie samej jest nieco bardziej skomplikowany niż afirmowanie przed śniadaniem "moje uda są zgrabne, a dupa wolna od bólu". Do tego nie wystarczy przeczytanie rubryki Uroda w Cosmo.

Ale jest też jasna strona bycia brzydulą. Lata chorobliwego porównywania się z innymi nauczyły mnie, że w każdym można odnaleźć coś ładnego. W dziewczynie dresiarza ze zbyt ciemnym podkładem, pomarszczonej staruszce, chłopaku z grzywką a'la wczesny Bieber. Dla mnie nawet brzydki jest ładny, bo jest jedyny w swoim rodzaju. Purpurowy na twarzy, wąsaty Janusz I Wielki może być piękny, póki nie zgorszy mnie swoim zachowaniem.
Nawet jeśli czasem skrytykuję czyjś wygląd, potrafię się opamiętać i zreflektować. Nawet jeśli to robię, nie robię tego po to, by poprawić sobie nastrój. Nie zionę nienawiścią, żeby się dowartościować. Nie szukam obsesyjnie fotografii celebrytek przyłapanych bez makijażu, bo przecież to, że laska z Gry o Tron ma cienie pod oczami, nie sprawi, że ja będę się sobie bardziej podobać.
I wbrew pozorom nie jestem dziewczyną, która cały czas narzeka na swój wygląd. Pozwalam sobie na to czasami w gronie przyjaciółek, a i wtedy jestem zawstydzona swoim zawodzeniem. Nie ma bowiem nic gorszego od tego milczącego współczucia w odpowiedzi i domysłów, że oczekuję hymnów pochwalnych na cześć mojej fizjonomii. Ludzie myślą, że kobiety, które narzekają, że są brzydkie, kokietują i chcą wyłudzić komplementy. Tymczasem bywa tak, że one po prostu szukają kogoś, kto odpowie "Spójrz, ja również czuję się parszywie, patrząc w lustro. To nie tylko ty".

Nie ma dla mnie nic bardziej tragicznego niż to, że ktoś może nienawidzić swojego ciała. Bo sama nienawidzę się nienawidzić.


czwartek, 30 kwietnia 2015

Och, czy naprawdę potrzebujemy tytułu?

Zawsze chciałam wykorzystać ten gif.
źródło

Niejednokrotnie w swojej jakże imponującej blogerskiej karierze żałowałam, że nie mam stałego powitania. Łatwiej byłoby zacząć od oklepanego "No siema" niż tępo gapić się w edytor tekstu.

Niestety niewiele się zmieniło i nadal nie mam nic ciekawego do powiedzenia, nawet kubeł plwocin* w kierunku szpetnych frajerów z cellulitem pod oczami nie zainspirował mnie do tego, by złożyć kondolencje tym, którym chce się rzygać na widok ludzi rezygnujących z porannego makijażu i regularnych wizyt w spa, ponieważ a) mają inne priorytety b) świetnie się czują bez takich atrakcji c) mają to zwyczajnie w dupie.

W każdym razie nie było mnie tu jakiś czas, wbrew pozorom wcale nie tak długo - są przecież tacy, którzy znikają na dłużej i wtedy ich powroty są prawdziwą sensacją, nawet większą niż jakieś cudownie odnalezione siostry w Grey's Anatomy.
Niedawno jednak złapałam się na tym, że nie za bardzo pamiętam adres swojego bloga (nie żeby był on jakoś szczególnie łatwy do zapamiętania). Nie jest to może znak z niebios, olbrzymi neon z napisem "Rusz się, idioto!", ale uznałam, że mogę to wykorzystać jako impuls, by podjąć wreszcie decyzję, co zrobię ze swoim blogiem.
Tyle tylko, że zastanawiam się nad tym już od jakiegoś czasu i chyba nadal nie jestem w stanie nic postanowić.

Część z was może się zastanawiać, dlaczego przychodzę tu z takimi pierdoletami, po co w ogóle chcę coś postanawiać i na litość, po wuja pana wszechmożnego wałkuję ten temat.
Otóż widzicie, biorąc pod uwagę jak słomiany bywa mój zapał przy różnych zajęciach, długo nie mogłam się nadziwić, że udawało mi się przez dwa lata pisać - raz lepiej, raz gorzej, ale w miarę systematycznie.
Jednocześnie mimo owego słomianego zapału, nie lubię zostawiać rzeczy niesfinalizowanych i rozgrzebanych (tak, mam świadomość, jakie to dziwne i pozbawione sensu) - mam wtedy takie straszne wyrzuty sumienia, chyba ze swoją obsesyjką na punkcie niedokończonych spraw, byłabym wyjątkowo upierdliwym duchem.

Dlatego przez jakiś czas rozmyślałam nad różnymi opcjami. Nad tym, pójść za radą wszystkich internetowych bożków, zawziąć się i pisać na siłę o dupie Maryni, publikować wpisy, z których nie jestem zadowolona (co jest rozwiązaniem niemożliwym do wdrożenia, gdyż przekonałam się już, że znacznie gorzej mi z tym, że puszczam w świat badziewie niż z tym, że moje hobby ledwo zipie, bo nic nie piszę), czy nie zacząć pisać pod kluczem, tylko dla wybrańców bardziej prywatnych wypocin czy może raczej w ogóle blog skasować.

Na razie pewne jest tylko to, że słowa się mnie nie trzymają. Tańczą i harcują mi wkoło głowy gotowe zdania, gdy jadę autobusem albo biorę prysznic, ale gdy siadam przy komputerze odfruwają i świergoczą "papa, fujaro, buziaczki".
Przyznaję również, że jestem odrobinę zmęczona blogosferą, wiem, że to dość osobliwe wyznanie, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że przecież nigdy nie udzielałam się aktywnie w sołszjal midjach, nie wdawałam w dyskusje na poletkach tych bardziej znanych i wpływowych blogerów, nie brałam udziału w blogerskich spotkania (w gruncie rzeczy to wszystko sprawiało, że zawsze miałam opory przed nazywaniem siebie blogerką, no bo kaman, dlaczego niby skrobanie dla zabawy epistoł i wypluwanie jadu w internecie miałoby mnie stawiać w jednym rzędzie z ludźmi, dla których blogowanie jest sposobem na życie). Nie robiłam tego wszystkiego, a jedynie czytałam dość regularnie mnóstwo, mnóstwo blogów i tak, jakkolwiek głupio to brzmi, jestem tym nieco znużona.
Chwilowo bardziej kocham papier. Chwilowo chcę chować wszystkie swoje przemyślenia do szuflady. Chwilowo wolę nie czytać zachłannie cudzych tekstów, nawet jeśli autora darzę sympatią, a jego talent jest obiektem mej nieskończonej zazdrości. Po prostu.

Oczywiście mimo wszystko mam sentyment do tego miejsca. Cenię każde miłe słowo, każdy komplement, jakie miałam okazję zobaczyć w komentarzach. Prowadzenie bloga sprawiało mi ogromną frajdę, pozwoliło poznać wielu fajnych ludzi, których szczerze polubiłam (a jak już pewnie zauważyliście, nieszczególnie przejawiam skłonności do lubienia kogokolwiek i czegokolwiek) i sprawiło, że nauczyłam się kilku nowych rzeczy.

Na razie postanowiłam dalej trwać w zawieszeniu i sklecić ten kuriozalny wpis, po to by jakoś określić swoją sytuację, wytłumaczyć się nawet nie tyle przed tymi, którzy to czytają, co przed samą sobą. By stwierdzić, że w sumie to się z blogowaniem nie rozwodzę, tylko na razie jesteśmy w separacji. Jeśli dojdzie do bardziej drastycznych rozwiązań, z pewnością zauważycie. W każdym razie mam nadzieję, że nie skończy się jak w tym filmie, w którym małżonkowie pozabijali się nawzajem.

* Takie tam gównoburze w blogosferze, jeśli jeszcze ktoś nie słyszał. Męczące i w sumie przewidywalne - ktoś coś głupiego napisze, ludzie słusznie (albo niesłusznie) czują się urażeni, więc tę głupotę wytykają, komuś pali się pod stópkami i pisze sprostowania. Szkoda czasu, lepiej iść na spacer albo serial obejrzeć.

wtorek, 17 lutego 2015

Co okazało się bardziej wkurzające niż 50 twarzy Greya?

Zawsze dziwiło mnie wylewanie wodospadów zdań na temat twórczości Pani od Greya, skoro całość można doskonale podsumować tym jednym zdjęciem...
źródło

Widząc pytanie postawione przeze mnie w tytule, każda myśląca istota zapewne wykrzyknęłaby coś w rodzaju: "No jacha! Pewnie bardziej zirytowały ją nawiedzone fanki tej trylogii, kobiety, które zaśliniły kinowe wykładziny na widok odprasowanych koszul Jamiego Dornana i jeszcze te, które marzą o tym, by ich wewnętrzne boginie pląsały swawolnie na dźwięk zdania A może byś coś zjadła?"
Część mogłaby również mniemać, że należę do grupy, która bojkotuje książki i film, bo podobno promują złe wzorce ludzkich relacji i przemoc domową, i to właśnie te dwa szkodliwe zjawiska mnie tak mierzą.

Otóż nie.

To prawda, że rzygam już cudownym rozmnożeniem pochwalnych wątków dotyczących twórczości E.L. James na forach internetowych, które odwiedzam, doniesieniami o tym, kto z moich znajomych zarezerwował bilety, kto był podniecony oczekiwaniem, z niecierpliwością skreślał dni w kalendarzu i wreszcie kto był zachwycony tym romantycznym walentynkowym seansem.

To prawda, że związek głównych bohaterów uważam za bzdurny i toksyczny, ale sądzę również, że nie warto walczyć z wiatrakami, bo niektórym naprawdę nie da się przetłumaczyć, że popaprany bucefał z pierdolczykiem na punkcie kontroli to wcale nie jest taki nowy Pan Darcy. Nawet jeśli czasem brzdąka sobie Mozarta na fortepianie i ma własny helikopter.
Poza tym, ja naprawdę nie jestem odpowiednią osobą do oprotestowania tego fenomenu rynku wydawniczego, gdyż nawet nie znam całej historii. Przeczytałam jedynie pierwszą część trylogii, więc ostatecznie nigdy nie dowiedziałam się jak daleko posunął nasz czarny książę Christian Grey - czy wytresował w końcu swoją dziewczynę tak, by przestała przygryzać wargę i czy ekspresja słowna Any rozszerzyła się o nowych świętych, czy też Barnaba pozostał jedynym pechowcem zmuszonym wsłuchiwać się w jej zachwyty.
Nie żeby cierpiał bardziej niż ci, którzy tę książkę przeczytali. I co gorsza - zapłacili za nią.

O dziwo, tym co mnie wyjątkowo zirytowało było coś, co powinno spowodować erupcję uśmiechów na mojej wrednej paszczy i salwy demonicznego rechotu. Fakt, że nagle wszyscy postanowili wysmarować miażdżące, złośliwe recenzje "50 twarzy Greya" jest taką kroplą przelewającą czarę tej bulgoczącej zupy uwarzonej na bazie składników banalnych i dobrze znanych - mało pociągających scen erotycznych i ludzkim zainteresowaniu seksem.
Mam dość Greya, bo mnie zewsząd atakuje. Jest na przystankach autobusowych, newsletterach od księgarń internetowych, pojawia się w rozmowach na uczelni, w pracy, w kolejce na poczcie.
Nie łudziłam się, że internet będzie cholerną, bezpieczną przystanią, wolną od "porno dla mamusiek". Ba! Wręcz przeciwnie - na relację Zwierza Popkulturalnego czekałam jak na Gwiazdkę i gdybym potem natknęła się na jeszcze jedną czy dwie szydercze notki, nawet bym się ucieszyła, bo któż z nas szydery nie kocha.

źródło


Problem w tym, że w miniony weekend absolutnie wszyscy zaczęli  się prześcigać w sączeniu ironicznych uwag i konstruowaniu błyskotliwych porównań pozwalających choć w jednej dziesiątej wyrazić jaki wymiar osiągnęło ich cierpienie, kiedy tylko zasiedli w kinowych fotelach.
Kiedy czytam te wszystkie naszpikowane jadowitymi spostrzeżeniami teksty traktujące o tym z jak koszmarną produkcją mieli do czynienia, wredny głosik w mojej głowie każe  mi podejrzewać, że niektórzy już od momentu kompletowania obsady nad swoimi wpisami myśleli i jeszcze zanim obejrzeli film, postanowili, że przejadą się po nim tak brawurowo jak komentatorzy z Pudelka po Kim Kardashian ilekroć ta zdecyduje się otworzyć buzię.
Niektórych podejrzewam o to, że wszelkie cierpkie uwagi, jakie zdołali wygrzebać z zakamarków umysłu, przez wiele miesięcy składali do szuflady i zamykali na kluczyk, po to by w odpowiednim momencie móc ją otworzyć i stać się nowym typem męczennika - takim, co to poświęca się dla swoich czytelników i tylko po to, by móc opublikować coś krwawego na blogu idzie do kina, mimo że mógłby w tym czasie robić coś bardziej fascynującego - rozwiązywać sudoku albo kupować skarpetki.
Wysyp zapowiedzi, jak to oni wymierzą filmowi sprawiedliwość na swoich blogach stał się irytujący do tego stopnia, że zaczęłam producentom życzyć, aby ekranizacja na przekór wszystkim się udała i była jeśli nie dobrym - to przynajmniej znośnym filmem.

To nie jest tak, że zamierzam tej produkcji bronić, bo po pierwsze nie oglądałam jej i nie bardzo mam na to ochotę, po drugie wszystko co do tej pory przeczytałam na jej temat, potwierdza moje przypuszczenia co do tego, z jakim rodzajem filmu mogłabym mieć do czynienia. Już po zaprezentowaniu zwiastuna nietrudno było odgadnąć, że to będzie jedno z tych estetycznych, acz nieco nudnawych romansideł, gdzie bohaterowie spędzają czas w ładnych pomieszczeniach, jedzą ładne rzeczy i sami też ładnie wyglądają, wygłaszając dialogi, które nie brzmią jak rozmowy prawdziwych ludzi i uprawiając seks, który różni się od standardowego seksu w banalnych komediach romantycznych, może tym tylko, że jest go nieco więcej, a heroina w trakcie aktu miłosnego nawet zrzuca stanik i błyska nagim biustem. W tle hity popularnych wykonawców ("Jeśli Lana będzie zajęta zaangażujcie Lorde!"). Nic szczególnie obrazoburczego czy przełomowego.

Przyznam się do tego, że w pewnym momencie nawet miałam ochotę obejrzeć "50 twarzy Greya" dla czystej, niezmąconej choćby odrobiną głębszego przekazu beki, ale tego zaniechałam. Po trosze dlatego, że głupio byłoby iść na to do kina, gdyż moja mała wewnętrzna snobka spaliłaby się ze wstydu, gdyby ktoś uznał nas za admiratorki władczego Christiana i jego niegrzecznych zabaweczek, jednak głównym powodem było to, że w pewnym momencie szum wokół tej produkcji zrobił się nieznośny. I o ile nietrudno usprawiedliwić chęć zarobku dystrybutorów albo ekscytację fanek tej mhrocznej sagi, o tyle ciężko mi wyzbyć się moich zupełnie niemądrych i nieracjonalnych (bo każdy ma przecież prawo pisać o czym tylko zapragnie) pretensji wobec blogerskiej braci, To właśnie blogerzy byli w tym wypadku najbardziej męczący, najpierw z komunikatami na temat tego, jak nie mogą się doczekać, żeby przerobić ten film na mielone mięcho w najnowszym poście, potem z sileniem się na bycie elitarnym członkiem internetowej loży szyderców. Niektórym wprawdzie ich soczyste, kąśliwe kawałki znakomicie się udały, innym trochę mniej, wszyscy jednak z tym swoim przykuciem się do tematu tego filmu wywołują u mnie mniej więcej ten sam entuzjazm, co kolejna reklama środków na obstrukcję.

źródło


I tak, wiem, gdzie jest taki czerwony krzyżyk, który mogłabym kliknąć, żeby się od tego uwolnić. Wiem też, że nawiązując w tym tekście do "50 twarzy Greya" i narzekając na ogromne stężenie relacji z seansów, nie jestem wcale lepsza od ich autorów, bo przecież sama w jakiś sposób dokładam swoją cegiełkę i biorę udział w tym hajpie. Ale - mówiąc brzydko - ulało mi się. Choć to rzeczywiście niezwykłe, że wszyscy poświęcamy tyle uwagi historii, którą zgodnie uważamy za niewartą nawet połowy tego zainteresowania.

Trzeba jednak przyznać, że ten ciemny, mroczny Grey pozwolił każdemu zobaczyć jakąś jasną stronę życia - filmowcy mogą obwieścić światu, że mają kasowy hit, aktorzy zapewne zarobili tyle, że mogą podobnie kiepskie scenariusze wyrzucać przez okno, blogerzy mają o czym pisać, a i zmęczeni tematem mogą powoli odetchnąć z ulgą - wszak niedługo Oscary i wszyscy zajmiemy się czymś innym - będziemy udawać, że na ambitnym kinie też się znamy.



poniedziałek, 29 grudnia 2014

Krótka, nieśmieszna opowieść o życiu singla...

Ten wpis dedykuję mojej kuzynce, którą ostatnio ktoś zupełnie serio zapytał, czy nie przeszkadza jej, że młodsza siostra wychodzi za mąż jako pierwsza. 

źródło

Zapewne wielu ludzi zastanawia się, jak wygląda życie singla.
To znaczy: wielu z tych, którzy pozostają w stałych, szczęśliwych układach polegających na wzajemnym przerzucaniu się odpowiedzialnością za psa i zakupy. W końcu oni zapomnieli jak to jest.
W związku z tym postanowiłam opowiedzieć o rozkoszach samotnego życia. Tych jest przecież tak wiele - nie trzeba dzielić się ciastkami ani zbyt często golić nóg. W gruncie rzeczy, nawet brwi nie trzeba regulować, bo gromadzie kotów jest w sumie wszystko jedno, czy rozpoznają pod breżniewami oczy tego, kto im żreć daje.

Nim jednak zgłębimy marność egzystencji nieszczęśników, którzy nie odnaleźli swojej połówki pomarańczy i z tego powodu wszystko w ich zatęchłym, zimnym, pozbawionym miłości życiu ma smak tranu norweskiego, pochylmy się na chwilę nad kwestią nazewnictwa.

Wszyscy wiedzą, że termin "singielstwo" jest niczym więcej jak rezultatem obrzydliwej barbaryzacji mowy - język stanął na głowie, każe się fokusować zamiast koncentrować a przypadki nazywa randomami, selfokaleczając się przy tym. Prawidłowa nazwa stanu braku partnera to "staropanieństwo".
I o ile bycie starą panną jest czymś równie wstydliwym jak korzystanie z Internet Explorera, prawie nie istnieje coś takiego jak "żałosny stary kawaler". Mężczyzna, który osiągnąwszy wiek dojrzały, nadal nie nałożył obrączki na niewieści palec, pozostaje mężczyzną, który musi się wyszumieć i którego nie wypada podczas rodzinnej wieczerzy pytać, kiedy zamierza dać Polsce nowego obywatela, ponieważ on "jeszcze ma na to czas".
Tak, odnotowałam, że mamy już XXI, a nie XIX wiek. Natomiast pewien konkretny gatunek upierdliwych, wścibskich ciotek niekoniecznie mógł ten fakt zarejestrować i przyjąć do wiadomości.

Zresztą, najistotniejsze jest to byście wiedzieli, że gdy mówię o sobie singielka, to tak naprawdę, robię dobrą minę do złej gry, pokornie zwieszam łeb i przyznaję, żem skończona oferma.

źródło

A jak wygląda żywot takich melepet jak ja?

Singielka rano wstaje, myje zęby, je śniadanie i tak dalej. Istotne jest to, że wbrew obiegowej opinii, my singielki, nie kroimy pomidorów żyletką, którą wcześniej cięłyśmy sobie nadgarstki. Wygodniej nam posługiwać się nożem kuchennym i wcale nie kusi nas przy tym, by pchnąć ostry przyrząd prosto w jamy ciała. Nie tak od razu z samego rana. Wtedy jeszcze pocieszamy się, że o szóstej rano, bez względu na porę roku, wszyscy są nieszczęśliwi, ponieważ woleliby wyłączyć budzik i dalej słodko drzemać. Wówczas bywamy jeszcze zupełnie zadowolone z życia, bo w nocy nikt nie chrapał i nie zgarniał dla siebie całej kołdry.

Zresztą, zapomnijcie o tych nożach, żyletkach i pomidorach. Przecież single nie jedzą owoców i warzyw, gdyż jak powszechnie wiadomo, zajadają swoje uczucia czekoladą i chipsami. Kiedy się nie ma dla kogo gotować, tonie się w zalewie śmieciowego żarcia, a nabyte tą drogą nadprogramowe kilogramy dodatkowo zmniejszają nasze szanse w doborze naturalnym. I koło się zamyka.

źródło

Oczywiście stare panny o tym nie wiedzą. Wolą się łudzić, że rozrastająca się tkanka tłuszczowa to jedynie następne stadium stawania się kolejną Nigellą Lawson, a stąd już tylko krok do seksownego oblizywania łyżek, które bez wątpienia przynęci potencjalnych amantów. Wszak to nasz jedyny cel - znaleźć mężczyzn gotowych na wspólne spłacanie kredytu mieszkaniowego.

Jeśli chodzi o życie zawodowe, wyróżniamy tylko dwa rodzaje (bo przecież świat, w którym żyjemy jest wyłącznie czarno-biały) pracujących singielek. Byłyby trzy, jednakże ciężko zaliczyć do osób aktywnych zawodowo te z nas, które niebezpiecznie dryfując w stronę magicznej trzydziestki, wciąż mieszkają z rodzicami i to oni zarabiają na internet i antydepresanty.

Pierwszy rodzaj to agresywne, pyskate karierowiczki, które nienawidzą zakochanych par i niemowląt. Na ogół udaje im się osiągnąć jakiś sukces i żyją prawie na tak wysokim poziomie jak wszystkie schwarz charaktery w gównianych produkcjach tvnu. Większość z nich działa na mężczyzn odstraszająco do tego stopnia, że panowie przypominają sobie w ich towarzystwie przykre chwile spędzone przy tablicy podczas odpowiedzi na matmie. Są jak dementory, wysysają z otoczenia całą radość.

Rodzaj drugi reprezentują pocieszne, nieudolne stworzenia, które do emerytury będą piastować to samo stanowisko i nigdy nie będą miały perspektyw na awans ani podwyżkę.
Nienawidzą zakochanych par, widok niemowląt porusza czułą strunę w ich sercach  i doprowadza je do histerii, ponieważ jako jednostki pogodzone ze swoim losem, nie mają nadziei na własne bobo. Wszystkie macierzyńskie uczucia przelewają na bezdomne zwierzęta albo R2-D2, jeśli przypadkiem są zdziwaczałymi miłośniczkami "Gwiezdnych Wojen".
Dla mężczyzn są na ogół niewidzialne. Tym lepiej dla nich, bo doznają ataku serca nawet, gdy średnio przystojny kasjer pyta je, czy chcą płacić zbliżeniowo.

Jeżeli dowcipniś zwany losem, był dla starych panien na tyle łaskaw, by zesłać na ich ścieżkę inne kobiety, którym poskąpił miłosnych uniesień i uczynić je przyjaciółkami, panie spotykają się czasami po pracy i udają, że ich życie to taki "Seks w wielkim mieście". Ewentualnie płaczą razem na kanapie, oglądając ekranizacje książek Jane Austen i tęskniąc do empirowych sukien, które maskowałyby ich masywne łydki.

źródło

Czasami singielki łapią wiatr w żagle, biorą sprawy w swoje ręce i próbują przemodelować swój dotychczasowy żywot, tak by znalazło się w nim miejsce na małżeńskie łoże z Ikei i stale podniesioną klapę od sedesu. Zwykle logują się wtedy na jakimś portalu randkowym, wierząc, że to taka Alma, tylko z fajnymi facetami zamiast makaronu. W żaden sposób nie przybliża ich to do złożenia podpisu na akcie małżeństwa, ale przynajmniej pozwala wierzyć, iż nie w pełni odpowiadają za swoje staropanieństwo, skoro samce poznane w internecie w niczym nie przypominają niedoścignionych Rochesterów i panów Darcy.

źródło

Niewątpliwe jedne z najtrudniejszych momentów w życiu singielek stanowią wszelkie święta. Gwiazdka, ponieważ jak już wspomniano, rodzi niezręczne uwagi, kłopotliwe pytania i trudne do zniesienia połajanki.
Sylwester, bo stare panny Sylwestra spędzają oglądając "Pretty Woman", a po dwóch butelkach Kadarki dzwonią do Mikołaja z dość opryskliwym pytaniem, gdzie, do chuja, jest ich przystojny bogacz, skoro zasłużyły na niego bardziej niż Julia Roberts, bo w przeciwieństwie do niej nigdy nie udawały blondynek, a ich kozaczki nie są tak nieprzyzwoite. Rano orientują się, że ich gorzkich żali wysłuchał szwagier albo mąż koleżanki i teraz będzie z nich drwił, dopóki nie urodzą mu się dzieci, które wywiną śmieszniejszy numer.
I wreszcie - Walentynki - bo nie można nawet maści na hemoroidy kupić tak, żeby nie narazić się na widok serduszek i amorków.

źródło

Tak właśnie żyją stare panny. Udają, że im się poszczęści tak jak Bridget Jones, znoszą mężnie cierpkie uwagi, są nieszczęśliwe bez pary portek pod jednym dachem i gadają do kotów. Na starość oczywiście gorzknieją i psioczą na młodzież. Aż w końcu umierają, a ich zasuszone, nienakarmione magią miłości ciała zostają znalezione, dopiero gdy ekspedientka ze spożywczaka, w którym kupowały kocią karmę, orientuje się, że coś dawno ich nie było...

źródło

PS. Oczywiście wszystkie singielki noszą wielkie bawełniane gacie.
PS 2. Wierzę w Waszą mądrość i to, że nie muszę zaznaczać, iż wpis ma charakter ironiczny, jak to niegdyś zrobiła pewna złotousta szafiarka ;).

wtorek, 23 grudnia 2014

Czego nauczyłam się o Gwiazdce.

Pierwszą rzeczą, której nauczyłam się o świętach jest ta smutna prawda, że nie da się zbawić kogoś, kto chce być męczennikiem. Czyni to ze mnie niemalże potwora, wyrodną córkę, gdyż jeszcze przed maturą przestałam przejmować się tym, że nie pomogłam dostatecznie w gorączkowych przygotowaniach do urodzinowej biby Jezusa: źle wyprasowałam zasłony, krzywo pokroiłam ciasto, na górnych gałęziach choinki powiesiłam nie te bombki, co trzeba i do niczego się nie przykładam.
W wyniku mojego niechlujstwa i braku starań, moja biedna mama znowu wszystko musiała robić sama.

źródło

Znacie to, prawda? Marudzenie matek, że muszą sobie dla was, niewdzięczników, ręce urabiać po łokcie, zrywać się bladym (czy w przypadku tej pory roku raczej ciemnym) świtem, by ze wszystkim zdążyć (w rezultacie w wigilię już o piętnastej najchętniej zagoniłaby was do stołu, skoro przed dziesiątą wszystko było gotowe) połączone z wyrywaniem mioteł i ścierek, bo w końcu nikt nie zrobi tego wszystkiego tak dobrze jak one.
Wiecie, moja mama na ogół naprawdę nie jest wcieleniem upiornej pani domu, która łka na widok zagnieceń na obrusie, hobbystycznie pucuje czyste, lśniące okna, a kibel szoruje dwa razy dziennie.
Po prostu ona, jej siostry, moja babcia i wiele kobiet w tym kraju cierpią na tę straszną, nieuleczalną chorobę, która sprawia, że w okresie przedgwiazdkowym trochę im odbija. No dobrze. Bardzo im odbija.

Kiedyś jeszcze starałam się wesprzeć ją w tej batalii o idealne święta. Później zorientowałam, że moje wysiłki nie mają najmniejszego sensu, więc zaczęłam brać przykład z taty i w milczeniu jakoś znoszę uszczypliwe pytania, czy mi się nie nudzi. Owszem, nudzi się, tylko cóż z tego, skoro nie gotuję "tak jak trzeba", sprzątam "mało dokładnie", a dom dekoruję, " na odwal się, nie wkładając w to serca". Nie da się usatysfakcjonować kogoś, kto jest przekonany, że jeśli podłoga nie zostanie wyfroterowana na kolanach, to renifery w Laponii zaczną masowo umierać.

No wiem. Zrozumiem, jak założę własną rodzinę i będę chciała, żeby wszystko było perfekcyjnie. Przyznam, że mam nadzieję, iż tak właśnie będzie: że bogatsza o ból wydawania na świat potomstwa pojmę w końcu, jakie nieszczęście może okryć mój dom, jeśli dla kogoś braknie krokietów albo barszcz nie będzie miał dość intensywnej barwy.

Drugiej rzeczy nauczyłam się dopiero niedawno.  Spłynęło na mnie światło z nieba. Iluminacja. Eureka! Och, rzeczywiście.
Uprzytomniłam sobie, że w świętach chodzi przede wszystkim o prezenty. Całe to gadanie, że najważniejsze jest bycie razem w te szczególne dni, by nikt nie był samotny, że chodzi o dobroć, miłość, ciepło, to tylko takie mydlenie oczu i temat na sentymentalne powieścidło dla brazylijskich grafomanów. Liczy się, żeby zgarnąć fajne fanty, nie?

źródło

Od miesiąca czytam na blogach (i nie tylko) o tym, co komu powinnam podarować, czego nie wolno dawać, że książka to doskonały, uniwersalny prezent, że trzeba być debilem, żeby upierać się przy wciskaniu ludziom książek pod choinkę, że własnoręcznie wykonane podarki są spoko, że własnoręcznie wykonane podarki możesz sobie darować, jeśli nie jesteś przedszkolakiem i nie odbywasz właśnie terapii odwykowej...
Już womituję na widok surowych napomnień, żeby było oryginalnie, ale z klasą, cynicznych uwag, że z puzzli to się tylko plebs cieszy, nagłówków krzyczących o "pomysłach na prezent dla niej i dla niego".
Nie twierdzę, że oczekiwanie na prezenty czy wręczanie ich sobie, jest prostą drogą w objęcia wujka Belzebuba, Ale czuję się trochę dziwnie, kiedy okazuje się, że jestem ostatnią osobą, która cieszy się ze skarpetek w pingwinki, a wszystkim bliskim powinnam podarować na święta dekoder albo jakieś smart-urządzenie, bo w przeciwnym wypadku wyda się, że jestem pretendentką do tytułu Złotego Janusza Roku i Orderu Cebuli.

Swoją drogą, dekoder nie jest może jakimś szczególnie durnym pomysłem, ponieważ doświadczenie podpowiada mi, że zawsze znajdzie się ktoś, kto nie ma dość "Kevina".  Na ogół to ta sama osoba, która pyta, gdzie są kotki (na tyle daleko od wigilijnego stołu, że wszyscy pałają gorącą, stwarzającą zagrożenie dla choinki, zazdrością), bo zostało trochę karpia w galarecie i może po północy z wdzięczności za kawałek śmierdzącej mułem ryby, zaśpiewają kolędę. Mua ha ha ha. Ha. Nieśmieszne, kułwa.

źródło

Najpóźniej do arsenału życiowych mądrości udało mi się wcielić tę, która mówi, by nie bawić się w fitnessy oraz odżywianie chudym twarogiem i warzywkami trzy miesiące przed gwiazdkowym szaleństwem.
Człek się umartwi, odmawiając sobie gorącej czekolady w kurewski ziąb, kilka razy skompromituje, zalewając śliną podłogę w markecie przy stoisku ze świątecznym słodyczami i gryzie palce do krwi, co by ich nie wyciągnąć po te ferrero, którymi częstuje koleżanka z pracy... A potem i tak pochłonie górę ciasta, chociażby po to, by przezornie nie otwierać ust, gdy mu trują o tykającym zegarze biologicznym i ładnych kawalerach.
I w ten sposób można zapomnieć, o radosnej chwili, gdy odwłok znów mieścił się w mikroskopijnej czarnej sukience, bo keksy i makowce już zadbają o to, by w Sylwestra zamek buńczucznie zakrzyknął "No pasarán!".

źródło

Jednakże najważniejszą rzeczą, jaką nauczyłam się o Gwiazdce, jest to, że bez względu na to, ile razy w tym czasie mam ochotę zrobić autorom świątecznych piosenek dokładnie to, co zrobił wszystkim Hannibal w finale drugiego sezonu, jak często będę ściągać futrzaki z choinki i jak mocno przekonam się o zaletach mieszkania w bezpiecznej odległości od niektórych ciotek i wujaszków, i tak będę czekała na kolejne święta w przyszłym roku. Bo któż z nas nie kocha zapachu choinki i towarzystwa karpia w wannie?


Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem kiepska w składaniu życzeń (pochodzę z rodziny, w której nikt nie sili się na kwieciste przemowy, tylko załatwiamy sprawę krótkim "Wszystkiego dobrego!"), więc w tym roku wyręczy mnie Kubuś Puchatek ;)

źródło

wtorek, 16 grudnia 2014

Gdzie kończy się dobroczynność, a zaczyna frajerstwo.

Witajcie u podnóża wulkanu hejtu!
Jest wtorek - co jest jednoznaczne z tym, że nie otrząsnęłam się jeszcze z destrukcyjnego wpływu poniedziałku na moją psychikę, mam katar, a moja zacna matka brzęczy mi przez telefon, że po przyjeździe do domu koniecznie muszę umyć okno w swoim pokoju (czy napisano w piśmie, że ktoś się obrazi i nie przyjdzie ponownie na świat, jeśli moje okno nie będzie lśniące jak uśmiech blogerki modowej?). I jednak w Wigilię przyjdzie mi spotkać nielubianą kuzynkę, która niedawno się rozmnożyła, więc trzeba będzie odhaczyć na liście Rzeczy Nieuniknionych wysłuchanie pełnych oburzenia komentarzy, jakie to niepokojące, że w tym wieku nie zachwycają mnie niemowlaki.

To wszystko subtelnie okraszone szaroburą zgnilizną na zewnątrz (śnieg, ta złośliwa biała menda, oblepi pewnie świat w najmniej odpowiednim momencie - na przykład w kwietniu zamiast na Boże Narodzenie) i butami upierdolonymi w psich ekskrementach (gruby bieżnik, jakby inaczej), bo jakiemuś cymbałowi nie chciało się sprzątać po swoim pupilu, sprawia, że wznoszę się na wyższy poziom bycia skończoną suką. Leveluję, bejbe.  Mam bowiem czelność krytykować tak kryształową, chwalebną akcję jak Szlachetna Paczka.

Kiedy milowymi krokami zbliża się ten najbardziej rozmiękczający ludzkie serca okres w roku, kiedy mieszkańcy Ziemi czują już ten obłędny zapach pierników, słyszą dzwonki sań i smętny wokal Dżordża, a w Biedronce pojawia się promocja na masę makową i karton barszczu, wszyscy dostajemy szmergla na punkcie dobroczynności.
Być może ci, co to przez cały pogardliwie prychają uraczeni widokiem nieprzytomnej osoby leżącej w jakiejś bramie albo pod drzewem, chcą w ostatniej chwili uniknąć duchów świąt i desperacko próbują wyrównać bilans dobrych i złych uczynków. Może znane twarze przekonują ich, że pomaganie jest równie trendy, co brzydkie swetry z reniferami. A może mają tak przez cały rok i po prostu są bardzo wrażliwi na krzywdę i niesprawiedliwość. Nie wiem. Na ogół nie interesuje mnie za bardzo, co kieruje ludźmi, którzy decydują się na zabawę w filantropa. Bo w sumie dlaczego miałoby mnie to obchodzić? Jeśli ktoś za swoją krwawicę karmi i leczy bezdomne futrzaki, czy liczy się to, że zrobił to dla lansu albo dla zabukowania sobie wejściówki do Krainy Aniołków, czy to, że zwierzęta dzięki niemu żyją i mają się lepiej?

Dla mnie liczy się to drugie. Dla mnie hasło "warto pomagać" nie jest tylko banalnym sloganem, wytrychem do kont skłonnych do wzruszeń widzów w łzawym spocie reklamowym jakiejś fundacji.
Przyznaję - jestem miękką fają, która smarka i chlipie nad zwierzętami w schroniskach, chorymi dziećmi, staruszkami, które nie mają wanny i nie stać je na rajstopy. Można mnie naciągnąć na bułkę i można mi wycisnąć ze mnie datek na leczenie jeży. Czytając ten post, płakałam bardziej niż po śmierci Mufasy.
Jestem zwolenniczką pomagania. Jest tylko jeden warunek - to musi być mądra pomoc.

I tego jednego warunku, moim zdaniem, Szlachetna Paczka nie spełnia. Gdyby nie te jednostki, te wyjątki, które rzeczywiście żyją w skrajnej nędzy, całą akcję można by nazwać bublem. Bo z tym mi się kojarzy. Z wadliwym produktem, gównem w papierku.
Piękna fasada zbudowana z górnolotnych, ckliwych komunałów oraz zgrabnej, konsekwentnie przeprowadzonej promocji, udekorowana twarzami sławnych sportowców, prezydenckiej pary i nawet papieża szczelnie osłania niedociągnięcia. A tych jest sporo,ponieważ całe przedsięwzięcie chwieje się już na etapie rekrutacji wolontariuszy i wprowadzania rodzin do bazy. Przypuszczam, że jedno jest powiązane z drugim, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że do grona najbardziej potrzebujących zaliczani są ludzie, których największym nieszczęściem i przyczyną wszelkich życiowych klęsk jest lenistwo i roszczeniowa postawa? Stare, dobre "mi się należy".

Przeglądając charakterystyki rodzin można znaleźć opisy, z których jasno wynika, że zainteresowani sami są swojej sytuacji winni, a jako ich największą potrzebę należałoby w formularzu zaznaczyć przymusową sterylizację.
Jak mnie mają kły nie świerzbić, gdy czytam o idiotach, którzy mając do dyspozycji ciasne, jednopokojowe mieszkanie, sprowadzili na świat ósemkę dzieci, choć poważne problemy finansowe zaczęły się już po narodzinach pierwszego potomka. Jak mam nie bluzgać pod nosem, gdy wiem, że wśród tej wesołej hałastry są ludzie w moim wieku albo starsi, którzy "aktywnie poszukują pracy", tylko niestety jakoś im nie wychodzi (bo jak już odezwie się jakiś potencjalny pracodawca, to okazuje się, że on zły, niedobry i pracować każe, łolaboga), więc strapieni zajmują się graniem w kretyńskie gry na fejsbuku i dalszym zaludnianiem Ziemi. Za co otrzymują sumy, które po uiszczeniu opłat dają im ponad 400 złotych na jedną osobę. Jako studentka I roku potrafiłam utrzymać się w dużym mieście za taką kwotę.

Zbyt często wolontariuszami Szlachetnej Paczki zostają osoby, które nie potrafią odróżnić prymitywnego cwaniactwa i żerowania na ludzkiej dobroci od prawdziwej biedy. Nie odsiewają tych, którzy liczą na dary losu i parę drobiazgów, dzięki którym zaoszczędzi się na fajki i żelowe paznokcie, świetnie za to manipulują uczuciami darczyńców, wplatając w opisy rodzin podniosłe bzdury o mierzeniu się z trudami dnia codziennego, o tym, że każde kolejne istnienie w rodzinie (nie potrafiącej stanąć na własnych nogach, przyssanej do organizacji pomocowych) to kolejne małe szczęście, o marzeniach rozkosznie rumianych cherubinków i nadziei na drobny cud (bo te większe jak magiczne rozmnożenie się chleba im się nie przytrafiają - "biednemu" zawsze wiatr w oczy).

W wyniku ich działań obok starszego, schorowanego człowieka, który za specjalny upominek uznał gorzką czekoladę i dziewczynki, która przyznała, że chciałaby dostać na święta pomidory, możemy znaleźć w bazie ludzi, którym zamarzyły się perfumy Diora, biżuteria albo wysokiej klasy sprzęt kuchenny i którzy najwyraźniej nie czują zażenowania na myśl o tym, że obcy ludzie z ich powodu uwolnią z portfeli dużo, dużo monet. Zresztą... głupotą byłoby spodziewać się zawstydzenia niestosownością żądań ze strony ludzi, dla których żądanie stało się sposobem na utrzymanie, wszak, jak głoszą profile niektórych byłych paczkowiczów zawiedzionych, że Mikołaj w tym roku obrał inną trasę, "szlachta nie pracuje", a co najwyżej kształci się w Wyższej Szkole Profesjonalnego Lenistwa i Robienia Hałasu.
To wolontariusz powinien mieć łeb na karku, on powinien reagować, gdy dziecko pragnie otrzymać tablet, klocki za cztery stówki albo Play Station, uświadomić swoich podopiecznych, że nie wypada obcych ludzi prosić o tak drogie prezenty.

Ale nie tylko wolontariusze powinni zachować zdrowy rozsądek, bo fakt, że ci, którzy z powodu warcholstwa i wyuczonej bezradności nie przepracowali w życiu nawet tygodnia, uczynili sobie całkiem niezły biznes z akcji dobroczynnej, dobitnie świadczy o tym, że darczyńcy również "pomagają" w sposób nierozważny. Wspieranie osób, którym wygodniej jest udawać, że nie dla nich roboty w tym kraju i płodzić kolejne dzieci, żeby wyciągnąć więcej z zasiłków, to niedźwiedzia przysługa i co gorsza straszne frajerstwo. Frajerstwo, ponieważ to nie zmieni niczego w ich życiu, za to być może jeszcze zachęci do dalszego rozrodu i wyciągania łapek po kolejne dobra. Frajerstwo, bo można było wyciągnąć na powierzchnię kogoś, kto faktycznie tonie i potrzebuje ratunku.

Osoby związane z tym projektem głoszą, że Szlachetna Paczka ma być impulsem do zmiany w swoim życiu. Dla wyżej opisanych osób będzie jedynie impulsem do wypisywaniu na fanpejdżu akcji, że powinni mieć na sumieniu ich dzieci, które płaczą, ponieważ przez dwa lata ogromne paczki były, a w tym roku figa z makiem, gdyż nie zostali zakwalifikowani. Albo że darczyńca się nie spisał. Albo, że Polska to straszny kraj, w którym nikt nikomu nie pomaga.

A skoro już przy fanpejdżu jesteśmy... Serdecznie gratuluję administratorom wybitnego pomysłu kasowania opinii, które co prawda nikogo nie obrażały, lecz nie były również peanami na cześć akcji. To tylko sprawia, że mdlące, skapujące lukrem komentarze tych, którzy ekstatycznie taplają się we własnej, anielskiej dobroci wyglądają jeszcze zabawniej. A gdy dołączają do tego gromy i pioruny zsyłane na tych, co to jeżdżą sobie na zagraniczne wakacje i bujają się po mieście drogimi samochodami, zamiast przekazać te sumy uboższym bliźnimi, robi się przekomicznie. Okazuje się, że w ferworze spełniania świątecznych marzeń, niektórzy zapomnieli, że z dobroczynnością jest - jak to ktoś kiedyś ładnie powiedział - dokładnie tak jak z seksem: musi być świadoma i dobrowolna. A i konsekwencje braku rozwagi w obu tych kwestiach mogą być przykre.

Dlatego wypiję łyżkę syropu za to, by w przyszłym roku ktoś zatrudnił lepszych clownów w tym cyrku.


PS. Nie jestem przeciwna modelowi rodziny wielodzietnej w ogóle. Chociaż myśl o tym, że ktoś może być osiem razy w ciąży i osiem razy przechodzić przez rozkosze porodu, sprawia, że wszystko od pasa w dół mimowolnie mi się kurczy, uważam, że każdy może mieć tyle dzieci, ile mu się podoba. O ile tylko jest w stanie je wykarmić i płacić za leczenie ich zębów. O ile Hermiona pożyczyła mu swój zmieniacz czasu, by każdemu mógł poświęcić swój czas.
PS 2. I nie, Dzieci z rodzin wielodzietnych, które są niewydolne finansowo i tylko dzięki kombinowaniu, jak się nie przepracować, pozyskują jakieś fundusze, prawdopodobnie wcale nie będą zarabiać na moją emeryturę, bo istnieje ogromna szansa, że powielą zachowania swoich rodziców. I choć drzewek z pieniędzmi nie będą mieli, to na małych przestrzeniach będą walczyć o większy przyrost naturalny. Jeśli ktoś tu kogoś będzie utrzymywał, to raczej nie one mnie.

środa, 26 listopada 2014

Czym jest dla mnie feminizm?

Drodzy czytelnicy, jeśli feminizm jest dla was jakimś okropnym dziwactwem, pasjonującym w takim stopniu jak skład chińskiej zupki i jesteście w szoku, że taka mądra dziewczynka jak ja zajmuje się takimi głupotami, nie obrażę się, gdy tym razem nie zechcecie pieścić literek swoim wzrokiem i wyjdziecie, żeby zapalić szluga na uspokojenie.
Jeśli jednak posiadacie jakieś żałosne okruchy wiary w mój rozsądek, przeczytajcie, proszę. ten tekst, ponieważ bardzo długo "dojrzewałam" do napisania go i poważnie wahałam się czy powinien wypłynąć na powierzchnie waszych monitorów, gdyż jest długi i nieśmieszny. A także dlatego, że doświadczenie podpowiada mi, iż dyskusje o feminizmie wymagają od interlokutorów stalowych nerwów. A ja - jak już może zdążyliście zauważyć - jestem raptus.

źródło

Czasami odnoszę wrażenie, że dla niektórych przyznać "tak, jestem feministką", to jakby wyjawić "gotuję bulion na pyszczkach i udkach uroczych, puchatych szczeniąt".
Zresztą, będąc jeszcze nastolatką, cwaną jak upiorne grzyby w Super Mario Bros, twierdziłam często, że współczesne feministki to panie, którym się po prostu w dupach poprzewracało. Sfiksowały, bo dawno chłopa nie miały.
Wiedziałam wprawdzie, ile zawdzięczam kobietom, które doprowadziły do tego, że mogłam zdobywać wykształcenie i decydować o sobie, zamiast tylko być tresowaną na potulną żonę i matkę co rok wydającą na świat nowego potomka, ale po pierwsze chciałam być oryginalnie przewrotna. "Taka jestem wyluzowana, bo nie spinam się, jak mi mówią, że moje miejsce jest przy garach". Jakoś tak to szło.
Po drugie miałam fałszywy obraz feminizmu, błędnie rozumiałam to pojęcie. Nie mając wszystkich danych, nie zapoznawszy się skrupulatnie z tematem, na podstawie strzępków tego, co gdzieś przypadkowo zasłyszałam, uznawałam, że feministki to krzykaczki, które dostały palec i zachciało im się całej ręki, bezgranicznych przywilejów i bezwarunkowej dominacji.
Jeszcze długo po tym, jak moje poglądy uległy stopniowej zmianie, odcinałam się od tego ruchu, jakby to było coś wstydliwego. Jakby jego przedstawiciele głosili, że Hitler był rozkosznym misiaczkiem i zasłużył na to, by położyć mu na grobie pęk lizaków, bo po śmierci pewnie brakuje mu słodyczy.

Minął jakiś czas, urosłam (niestety wszerz, a nie wzdłuż), trochę spokorniałam i światłość rozjaśniła ciemne zakamarki mojego umysłu, bo załapałam jedną z najstarszych prawd na temat ludzi zamieszkujących ten padół łez - nie można osądzać całej, niejednolitej, zróżnicowanej  grupy na podstawie błazeństw kilku jednostek. Tak, proszę państwa, długo dochodziłam do tych wniosków, ale i tak zajęło mi to o wiele mniej czasu niż w przypadku przyswajania wiedzy o bryłach obrotowych, więc należą mi się oklaski.

Oczywiście, są radykalne przypadki pseudo-feministek, które potrafią jedynie toczyć pianę z ust, przywodząc na myśl rozdrażnionego ratlerka oraz dopisywać kolejne punty na liście żądań, nie mając przy tym nic sensownego do przekazania.
Ustalmy sobie jedną rzecz: oszołomy występują w przyrodzie i prawie każda grupa społeczna ma w swoich szeregach takie indywidua, które robią jej antyreklamę. Niestety jest to zjawisko równie naturalne i trudne do wyeliminowania jak wszystkie inne rodzaje kataklizmów. Są kibice i kibole, patrioci i cymbały rozmiłowane w rzucie kostką brukową i tęczopaleniu. Są też katolicy i ci dziwni, przerażający ludzie, którzy grożą wam piekłem, jak odsłonicie kolana, słuchacie czarnego rocka albo bez żenady kupujecie kondomy.
Na ogół ludzie potrafią rozróżnić, kto w tych grupach społecznych jest jednostką kompletnie normalną, a komu peron już dawno odjechał. Dlaczego w przypadku feministek jest inaczej? Czemu każdy, kto zająknie się o równouprawnieniu, otrzymuje zaszczytny tytuł feminazi?

Czym jest dla mnie feminizm? Na pewno nie tymi agresywnymi hasłami, z którymi zwykle się kojarzy.

Feminizm to nie jest nienawiść do przeciwnej płci. To wcale nie jest tak, że największym pragnieniem zwolenniczek tej ideologii jest poobcinać mężczyznom cojones i uwarzyć je w smole na oczach całych miast. Chcą spokojnie żyć sobie obok siebie, współistnieć, ale na równych zasadach. Skoro podstawą feminizmu jest równouprawnienie, logiczne jest, że chcą, by również faceci nie byli dyskryminowani. By nikt nie kwestionował ich wartości, nazywając ich pizdami albo ciotami, tylko dlatego, że lubią nosić rurki i sweterki z wełny merynosów.
By oni także mogli pracować w wybranych przez siebie zawodach. Niech sobie będą wizażystami, stylistami, fryzjerami czy przedszkolankami bez narażania się na opinie, że z każdym kolejnym rokiem pracy, ich męskość kurczy się coraz szybciej.
Krzywdzące są stwierdzenia, że kobieta, która pali, przeklina, nosi kolczyk w nosie, nie lubi dzieci jest jedynie gównianą atrapą kobiety, wydmuszką. Tak samo durne jest deprecjonowanie mężczyzny, który ma czelność nie bywać na siłowni, wzruszyć się na melodramacie i odziewać nogi w spodnie z wąskimi nogawkami.

źródło

Dobrym przykładem jest świeżutki plakat Amnesty International - głupi, seksistowski, umacniający stereotypy i w gruncie rzeczy szkodliwy. Bo w ten sposób organizacja komunikuje nam "Chłopy nie robio nic, ino lejo swoje kobity". Kampania ruszyła z okazji Międzynarodowego Dnia Przeciwko Przemocy ze względu na Płeć.  Czyli co? Staramy się chronić jedną płeć, a drugą automatycznie uznajemy za kata i ciemiężcę? Dalej twierdzimy, że tylko kobiety są bite i gwałcone? Że przemoc psychiczna nie istnieje, liczą się tylko uderzenia i powstałe w ich wyniku siniaki? Żeby nie było - nie krytykuję samej idei obchodzenia takiego święta. Po prostu w tym wypadku wykonanie ssie...

Portki już sobie ukradłyśmy. Dziękujemy, niczego więcej nie chcemy facetom odbierać.
Feminizm nie wyklucza kobiecości, nie polega na tym, żeby przebierać się za mężczyzn, palić tampony i krzyczeć, że się chce sikać na stojąco. Chodzi o to, byśmy mimo różnic mieli równe prawa. Nie o to, by pozwalać kobietom zajmować wysokie stanowiska, dlatego, że bozia poskąpiła im siusiaków, a o to, by mogły objąć to stanowisko, jeśli na nie zasługują, by nikt nie skreślał ich z powodu faktu posiadania jajników i pozwolił zarabiać im tyle samo, co kolegom wykonującym tę samą robotę.

Nie polega też wmawianiu kobietom, które lubią gotować i wychowywać dzieci, że zostały zniewolone przez samczy ród i powinny raczej robić zawrotną, oszałamiającą karierę zamiast pitrasić zupki albo zaplatać latoroślom warkoczyki. Bo feminizm to, poza równouprawnieniem, wolność wyboru. Możliwość zadecydowania o tym, kim chcę być i jak chcę pokierować swoim życiem. Nikomu nie powinno narzucać się jedynego słusznego modelu życia.

Nie wszystkim pomysłom innych feministek bezmyślnie przyklaskuję. Nie chcę mieć w rządzie premiery, bo moim zdaniem nie ma nic złego w określeniu "pani premier". Sama też mówię o sobie "filolożka" wyłącznie w żartach, bo jedyną formą jaką akceptuję jest "filolog".
Pozwalam innym nie być feministami, pozwalam komuś myśleć inaczej, chociaż czasem korci mnie by uważać moją rację za najmojszą i brak poparcia dla egzystowania chłopczyków i dziewczynek na równych prawach brzydko piętnować, chociaż czasem świerzbią mnie palce, by mizoginów i mizoandryczki posłać do wszystkich diabłów, dzielnie się powstrzymuję i staram się być grzeczna. Rozsądna. Miła. Akceptuję to, że inni myślą inaczej. Mogę z tym żyć - rano wstawać z łóżka i nie ewangelizować, nie pouczać, co jest dobre, a co złe. Dlatego określenia takie jak: "feminazistka", "sfrustrowana pogromczyni męskiego rodu" czy "niedorżnięta stara panna" rozdzierają moje serduszko. Choć jędzą rzeczywiście chyba jestem.

PS. Tak, nie wnosiłam lodówki na czwarte piętro. Wnosiłam kanapę na drugie. Wystarczy ;)?

piątek, 14 listopada 2014

Co mnie drażni w blogach kosmetycznych?

Czasami przypominam sobie, że przecież jestem kobietą. Przypominam to sobie, kiedy niespodziewanie w dzień wolny od handlu rozstępuje się Morze Czerwone, a ja odkrywam, że tampony magicznie zniknęły z szafki w zeszłym miesiącu, kiedy z niegodnym damy westchnieniem ulgi rzucam stanik w kąt i kiedy nosząc buty na wysokim obcasie, pomstuję na kocie łby i grawitację.
Przypomniałam sobie też ostatnio, gdy pewnego dnia wstałam z łóżka, uświadomiłam sobie, że to nie lustro jest szare i zabrudzone, lecz moja twarz wymaga odrestaurowania. Nim sięgnęłam po hebel i zaczęłam rozglądać się za nożyczkami, coby w papierowych torbach z Lidla powycinać otwory na oczy, uznałam, iż warto może zastosować mniej radykalne metody i zrobić to, co zwykle robią przedstawicielki samic wśród ludzi, by ich płeć wciąż mogła być nazywana piękną - znaleźć Krem Mojego Życia, Serum Krasnego Lica, pielęgnacyjne cuda na kiju zapakowane w estetyczny, opatrzony odpowiednią etykietą słoiczek.

Ponieważ w kwestiach kosmetycznych jestem laikiem, postanowiłam skorzystać z pomocy wujaszka Gugla (powiedział mi praktycznie to samo, co ludziom, którzy wklepują ból palca w wyszukiwarce i dowiadują się, że to na pewno rak - mianowicie - że zarówno im, jak i mnie nic już nie jest w stanie pomóc). Po minucie zorientowałam się, że nadal pisane jest mi gardzić KWC. Jeśli ktoś zastanawia się czemu, niech wie, iż nic się tam nie zmieniło i użytkowniczki nadal raczą nas jakże pomocnym: "super kremik, nałożyłam go na włoski i były one mega lśniące, mega nawilżone i układały się jak w reklamie. Na rozstępy nie stosowałam, to nie wiem, czy działa". Nie żebym cierpiała z powodu śmiesznego konserwatyzmu kosmetycznego, po prostu wolałabym, żeby strona z ochami-achami recenzjami kosmetyków nie stawała się powoli miejscem do opisywania wariacji na temat zaleceń producenta, bo wówczas przestaje być użyteczna i przejrzysta.

W każdym razie KWC wymusiło krótkie wzniesienie ócz do nieba i prychnięcie, i sprawiło, że zawędrowałam na blogi kosmetyczne, których poza kilkoma wyjątkami spowodowanymi dobrym piórem, sympatią do autorek albo kawałem rzetelnie wykonanej roboty (jak choćby na Włosowelove, które lofciam, za to, że jest krótkie, zwięzłe, z jajem i na temat i nawet taki urodowy plankton jak ja może się tam czegoś przydatnego dowiedzieć), nie czytuję.
Chociaż była to lektura mniej frustrująca niż niezrozumiałe wypociny na wizażu, to po wylogowaniu się do rzeczywistości byłam głupsza niż przed przejrzeniem miliona pięciuset wpisów i nie obyło się bez irytacji. Odkryłam, że poza tym, iż tematyka ta nie wlicza się w zakres moich zainteresowań, jest w blogach kosmetycznych kilka innych rzeczy, które mnie drażnią.
I choć uważam, że każdy powinien prowadzić swój blog, jak mu się żywnie podoba (w końcu robi to głównie dla siebie), to nie mogę się powstrzymać, by nie dać ujścia swojemu niezadowoleniu (szczególnie, kiedy dotyczy on stron z zakładkami "współpraca", gdyż w takim wypadku jest dla mnie jasne, że autorka liczy na profity inne niż jej własna uciecha). Ząbki mnie świerzbią, jad ścieka po brodzie...

Pierdoła pierdołę pierdołą pogania.
Nie zrozumcie mnie źle. W wykonaniu niektórych dziewczyn to zjawisko pisania o pierdołach bywa nawet urocze (nie tak jak noszenie w przedszkolu skarpetek z falbanką do białych lakierków, ale jednak). Kiedy któraś w absolutnie rozbrajający, zaskakująco strawny, okraszony ciętym dowcipem sposób opisze jak wpadła w kałużę, która miała dziwny kształt i na początku myślała (blogerka, nie kałuża), że przypomina jej nerkę, a potem okazało się, że wyglądała jednak bardziej jak Tangle Teezer, jestem w stanie jej to wybaczyć, bo przynajmniej wywołuje cień uśmiechu na mojej suczej twarzy.

Gorzej, gdy rozbijam się o ścianę tekstu o tym jak to laska wybrała się do Rołzmena, bo skończył jej się Bejbidrim (wybaczcie drobną dygresję, ale muszę się nadziwić tym, jak ten skurwiel plącze włosy...) i zapomniała zjeść śniadania, dlatego wstąpiła do Maka i czizów nie mieli, ponieważ była dopiero dziewiąta rano, w związku z tym musiała zadowolić rogalem, choć gdyby mogła, tak jak langusta jadłaby dżem. W każdym razie, wspomniany wyżej rogal kojarzy jej się z woskami, które wczoraj kupiła jej mama, której geny zagwarantowały tak świetne hairki, że nie musi używać Bejbidrima i wystarcza jej zwykły Szampon Familijny.
Po drodze do Rołzmena wstąpiła jeszcze do Dajśmana i pogapiła się na buty będące zaraz po kosmetykach jej drugą obsesją. I jak już wreszcie po upływie czterdziestu wschodów i zachodów słońca dotarła do tej przeklętej drogerii, to okazało się, że zepsuł się terminal, a ona, biedna, nie miała przy sobie namacalnych pieniędzy. Ale to nic, bo wróciła tam po obiedzie (tym razem już nie fast food a zasługująca na trzy linijki peanów pomidorowa z ryżem) i oczywiście nie mogła się powstrzymać przed wrzuceniem do koszyka olejku do twarzy, który był objęty promocją. I to właśnie o tym olejku chciałaby nam dziś opowiedzieć...

Niektóre dziewczyny naprawdę sprawiają wrażenie, jakby je dopadła sałata słowna. Domyślam się, że takie anegdoty z życia codziennego mają budować więź między blogerką a jej czytelnikami, jednakże jeśli nie spotkało się na trasie do sklepu Hugh Jackmana okrytego jedynie listkiem figowym, a mniej emocjonujących przygód nie potrafi się podać w zachęcającej formie, to lepiej całą opowieść pominąć i po prostu przejść od razu do rzeczy.

źródło

Język dziki, język zły.
Przyznaję, mimo że zlitowali się na uczelni pozwolili mi machać wszystkim dyplomem przed nosem i nazywać się filologiem, jestem pewnie jedną z ostatnich osób, które powinny pouczać innych w jaki sposób powinni posługiwać się językiem (przecinki, kurwa, stale w niewłaściwych miejscach...). Nie mogę jednak zdzierżyć pewnych wyrażeń i kocopołów, które rozpanoszyły się w blogosferze.

Rozumiem, że dziewczyny chcą zapewne w jakiś sposób rozluźnić atmosferę na blogach i dlatego wplatają niekiedy w swoje teksty jakieś pokraczne neologizmy (na przykład: określenie zwyklak, z którym spotkałam się w recenzji kosmetyku, który nie spowodował, że z zachwytu pospadały staniki i popękały gumy w gaciach, przyprawia mnie o ból uszu).
Rozumiem, że chcą brzmieć swobodnie i nie tak banalnie jak pierwszy lepszy katalog reklamowy.
Rozumiem, że nazywając produkt A bratem produktu B, pragną ustrzec się przed powtórzeniami.
Rozumiem.
Nie zmienia to jednak faktu, że szczerze tego nie cierpię. To jest jakieś takie... infantylne i zgrzytliwe.
I to koszmarne "polubiliśmy się z...". Stop. Ty polubiłaś, Tobie się spodobał, Tobie przypadł do gustu. Twój kosmetyk natomiast nie żywi do ciebie podobnego afektu, nie zamierza ci wysłać kartki na święta ani postawić flaszki w imieniny. Stoi sobie na półce i ma wszystko w dupie, bo jest przedmiotem martwym, za który zapłaciłaś.
Czasem jak natykam się na to wyrażenie, widzę oczyma wyobraźni, jak jedna z drugą owija flakonik perfum w kocyk i śpiewa mu kołysanki. Takie są z nim zżyte, tak się polubili.
A skoro już przy perfumach jesteśmy - te perfumy, broń cię matko boska piżmowa, pisać ten perfum albo ta perfuma (przy okazji: te perfumy, ale to pachnidło, to masło do ciała, to denko).

źródło

Najciemniej pod latarnią.
Szalenie mnie bawi jak delikwentka albo inna faszionelka odkrywa, że istnieje coś takiego jak żel pod oczy ze świetlika czy maść z witaminą A, produkty tanie i skuteczne i obwieszcza to we wpisie naszpikowanym entuzjazmem, szaleńczą radością i uśmiechami, które mogłyby kopiować gwiazdki Disneya.
Z jednej strony to dobrze, że o tym piszą, bo same są przykładem, że niektórzy nie wiedzą, iż można w aptece znaleźć specyfiki, które pomogą, ale nie zrujnują nikomu budżetu. Z drugiej irytujący bywa sposób w jaki to odkrycie komunikują. Krzyczą Eureka i tańczą taniec hula, jakby właśnie wynalazły lekarstwo na raka i rozwiązanie problemu głodu na świecie.

źródło

Szpanel zawsze milej na ryj nałożyć.
Wierzę, że to swoisty kosmetyczny snobizm dotyczy zaledwie promila dziewcząt piszących o upiększających precjozach. Jednakże muszę wyznać, że pogarda dla lubiących tańsze marki, ślepe uwielbienie dla podobno bardziej ekskluzywnych wyrobów i te malutkie igiełki rozsiane w tekście - "jak cię nie stać, prostaku, to weź dupę w troki i znajdź lepszą pracę" - były najbardziej nieprzyjemnym zjawiskiem z jakim spotkałam się, brodząc w morzu recenzji. I wiecie, to nie jest wcale tak, że muszę wylać z siebie żółć, bo komuś czegoś zazdroszczę i mam kompleksy. Nie. Po prostu tak jak pewnego rodzaju zadufanie i poczucie wyższości uniemożliwia polubienie kogoś w realnym życiu, tak utrudnia też powroty w jego blogerskie progi. Jasne, w swoim internetowym ogródku każdy może zasadzić takie kwiatki, jakie mu się tylko zamarzą. Jeżeli ktoś chce recenzować kosmetyki, które kosztują tyle, ile Paris Hilton wydaje na waciki i papier toaletowy, niech to robi, bo ma do tego prawo i nikt mu nie może zabronić. Tu chodzi raczej o stosunek, sposób odnoszenia się do obserwatorów.
Można się wykręcać tym, że panna zmywająca makijaż płynem micelarnym z Biedry nie jest targetem kogoś, kto używa głównie Diorów i Chaneli, ale to nie zmienia faktu, że nie powinno się czytelników segregować na czytelników pierwszej i drugiej kategorii. Jeśli chce się ich mieć.
Z drugiej strony, nie mniej irytujące może być zachowanie całkiem odmienne od wyżej opisanego. Postawa "każdy, kto przepłaca za Żiwąszi, choć mógłby się paćkać kremem Nivea, jest głupi i specjalnie obnosi się ze swoją zamożnością" potrafi wkurzyć i wywołać w umyśle czytającego wredną myśl, że czyimś listem święty Mikołaj nakarmił renifery.

To wszystko nie ma sensu.
I wreszcie mój ulubiony punkt, na który tak naprawdę żadna z blogerek nie miała i nie mogła mieć wpływu. W tym nie ma niczyjej winy. Zignorujmy to, że zdania na temat wszystkich tych kobiecych zabawek na ogół są podzielone. Jedne biją szmince X pokłony za to, że jest taka fajniusia, inne mieszają ją z błotem i z emfazą dzielą się spostrzeżeniem, że gorszego gówna ich kosmetyczki nie oglądały.
Chodzi o to, że choćbym przeczytała wszystkie recenzje, jakie w ogóle zostały opublikowane w sieci, to i tak nie mogę mieć pewności, że w kontakcie z moją cerą dany produkt zadziała tak samo. Kupiłam krem, który wiele kobiet obwinia o spowodowanie na ich twarzach czegoś na miarę katastrofy Titanica. Jestem w połowie drugiej tubki i rzeczywiście raz zdarzyło się, że pewnego ranka ujrzałam się w lustrze i wiedziałam, że tego dnia nie będę niczyją królewną, lecz nie mogę jednoznacznie stwierdzić, iż wina leżała po stronie tego konkretnego specyfiku, bo prawdę mówiąc, była to ta faza cyklu, w której zawsze przypominam plaster mielonki tyrolskiej i sama mogłam się skrzywdzić, rozluźniając swoje obyczaje żywnościowe i pochłaniając syf, którego jakiś czas unikałam. Tak że ten. Stara mądrość, że każdy ma inny organizm i nasze reakcje na wszystko mogą być diametralnie różne chyba jest prawdziwa.

źródło

Na koniec chciałabym wyrazić nadzieję, że nikt nie poczuje się tym tekstem ugodzony w którąś z komór serca, bo nie to było moim zamysłem. Zresztą, tytuł tego wpisu nie bez powodu brzmi "Co mnie drażni w blogach kosmetycznych?". Nie w blogerkach, w blogach. Krytykowanie cudzych blogów, kiedy wyraźnie dostrzega się niedostatki własnego, nie jest łatwe i długo zastanawiałam się, czy publikowanie tego postu ma sens. Postanowiłam jednak to zrobić, wierząc, że te z Was, które prowadzą blogi kosmetyczne i być może winne są wymienionych wyżej przewinień, nie są dziewczynami prawdziwych gangsterów i mają do siebie dystans.

PS. Stanowczo nie polecam spędzenia samotnego długiego weekendu w mieszkaniu, w którym wszystko zostało wykonane z peerelowską precyzją i kibel zaczyna wydawać dziwne dźwięki. Zwłaszcza jeśli nie macie za grosz hydraulicznej smykałki. Zwłaszcza jeśli właśnie umyliście podłogę. Zwłaszcza jeśli dzieje się to w mieście, w którym kiedyś już wąż niespodziewanie wynurzył się z sedesu (chciałam list z Hogwartu, a dostanę tylko Bazyliszka...).

piątek, 31 października 2014

Kradnę cudze święta i dobrze mi z tym.

źródło

Tak, tak. Będzie o tym, co wszyscy zdążyli już pięć razy wyszydzić i wyrazić swoją opinię na ten temat. Będzie o Halloween, dyniowym święcie, które zrobi z Was sługusów szatana i pozbawi raz na zawsze biletu do raju bram oraz możliwości udziału w niebiańskich jam session z innymi aniołkami.

Choć wszystko zostało już na ten temat napisane, to i tak za każdym razem, gdy słyszę, że dziecko, które przyszło po cukierki w przebraniu zjawy, rozpaczliwie pragnie Chrystusa, mieszanka rezygnacji i rozdrażnienia sprawia, że każda część mojego ciała traci resztki młodzieńczej jędrności i opada.

Nie mam w zwyczaju trąbić na prawo i lewo, że wszystko, co przywędrowało do nas z Zachodu jest fajniejsze niż polskie tradycje, a skoro oni potrafią bawić się lepiej od nas, to my powinniśmy wyrzucić nasze słowiańskie zabawki i zająć się tymi, które oferuje nam lepszy, ucywilizowany, bardziej błyszczący świat. Nie.

źródło

Są jednak pewne święta i zwyczaje, które zawsze szalenie mi się podobały i być może faktycznie gdzieś głęboko pod ziemią przygotowują mi już za to kocioł pełen wrzącej smoły, ale nie widzę nic złego w tym, że je sobie pożyczam. Nie czuję się zdrajczynią narodu, kiedy ktoś ze znajomych proponuje, by w Dniu Świętego Patryka olać ten maluczki, niewiele znaczący fakt, iż nie urodziliśmy się w Irlandii, wciągnąć na odwłok zielone gacie i przy akompaniamencie wesołych, irlandzkich przyśpiewek spożywać napoje wyskokowe. Jedynymi osobami, które mogłyby mieć o to do nas pretensje, są rodowici Irlandczycy, bo to w końcu ich święto, ich patron i ich cudowna tradycja. Jakiś chochlik jednak nieśmiało mi podpowiada, że byliby wówczas zbyt zaabsorbowani dobrą zabawą, żeby oburzać się, że ktoś z nimi świętuje na krzywy ryj.

I podobnie jest z Halloween. Nie mam wyrzutów sumienia, że daję się zwieść złowieszczemu urokowi maskarad, sztucznych pajęczyn i lampionów z  wydrążonych dyń. Nie ma dla mnie nic gorszącego w tym, że jednego dnia przebiorę się za czarownicę, zjem muffina udekorowanego duszkiem albo innym kościotrupem, obejrzę durny horror albo - łolaboga - pójdę potańczyć w gronie innych dziwnie odzianych ludzi, a nazajutrz zapalę znicz na mogile babci, złożę kwiaty, wyciszę się i utonę we wspomnieniach. Mogłabym się nawet pomodlić, gdybym tylko chciała. Póki nad grobami nie próbuję wygrzebać z zakamarków pamięci tego, co wiem o sposobach niwelowania kaca, zamiast myśleć o utraconych bliskich, póki nie pragnę chyłkiem wyżłopać wody ze wszystkich wazonów na cmentarzu, a osoby stojące blisko mnie same nie stają się pijane na skutek kontaktu z wydychanym przeze mnie powietrzem, póki zachowując równowagę,  znajduję czas i na odrobinę zabawy i na zadumę, nie czuję się ani trochę winna. To, że podoba mi się coś, co robią ludzie w innych częściach świata i też bym tak chciała, nie oznacza wcale, iż nie uważam idei naszego Święta Zmarłych za wzruszającą i piękną (zwłaszcza jak się pójdzie na cmentarz czwartego listopada zamiast pierwszego).

źródło

Rozumiem, że komuś może się to nie podobać, czuje się z tym niezręcznie, nie lubi czarnego humoru, traktowania śmierci z przymrużeniem oka i może nie chcieć brać w tym udziału. Niechże jednak, na wąsiki Gomeza Addamsa, nie psuje zabawy innym i nie demonizuje tego przedsięwzięcia, przywołując kretyńskie argumenty o braku szacunku do narodowej tradycji (której częścią jest zapewne skromny udział w tworzeniu statystyk dotyczących liczby kierowców narąbanych jak szpadel), składaniu hołdu sługom piekieł i poganizacji dzieciątek. Szczególnie, że bardziej żenujące od zagrabiania cudzych świąt są zjawiska, które można pierwszego listopada zaobserwować na polskich kurhanach. Cukrowa wata, chińska tandeta, pojedynek pod tytułem "kto ma bardziej feszyn palto i kamasze, a kto był sknerą i nie kupił najbardziej okazałego wieńca na dzielni". Bardziej gorszące od Halloween jest to, iż niektórzy tak namiętnie czczą pamięć zmarłych, że potem nieodzowne są wzmożone kontrole trzeźwości.

Żyjmy (póki to nie my spoczywamy w mogiłach) i dajmy żyć innym.

I pamiętajcie, nie pijcie dyniowej kawy ze Starbucksa, bo komercja, szkodliwa moda z Hameryki, upadek moralności i szerzące się pogaństwo. A wtedy wiecie co. Po was.

źródło


PS. Ja oczywiście i tak nie pójdę do nieba, ponieważ kilkakrotnie czytałam "Harry'ego Pottera" i mam piżamę z Hello Kitty. Ale dla innych jest jeszcze szansa ;).


poniedziałek, 27 października 2014

Kot has not left the building.


Czy jeśli za usiłowanie zabójstwa można trafić do więzienia, to usiłowanie stworzenia wpisu liczy się jako prowadzenie bloga? Nie sondze.

Żyję. Jestem jedynie zaabsorbowana modlitwami do wszelkich znanych mi bóstw o siłę, żeby móc pokonać blokadę twórczą (uuu, jak to brzmi... co najmniej jakbym się uważała za Dostojewskiego albo Hemingwaya) i pospolite lenistwo. I jeszcze to coś, co sprawia, że  pięć sekund po przeczytaniu, co właśnie wyklepałam na swojej wysłużonej klawiaturze, mój mózg przesyła mi komunikat : "Boże, jakie to durne, co ty piszesz, głupiutka. Lepiej coś zjedz. Oh wait, nie możesz, bo się  odrobinkę spasłaś. Całuski.". Kochany mózg. Gdy zabrakło w moim życiu przedmiotów ścisłych, zaczął mi płatać figle na innych polach. I bawimy się tak już jakiś czas.

W każdym razie, obiecuję, że kiedyś wreszcie - być może nawet wkrótce, przed nadejściem szatańskiego, barbarzyńskiego, powodującego śmierć puchatych zwierzątek Heloim (śmieszno-straszne komentarze oburzonych istnieniem tego święta mogą okazać się szalenie inspirujące) - coś napiszę i opublikuję (bo to właśnie przycisk "opublikuj" traktuje kursor myszy jak Holly Golightly swojego adoratora. Odpycha go i mami słodkim "może kiedyś, może innym razem"). Po co ta wzniosła obietnica, w której brakuje tylko kropli mej krwi, by zrobiło się jeszcze bardziej kiczowato? Bo uczyli mnie, żeby danego słowa dotrzymać i że dama może wplatać w swe wypowiedzi swojskie kurtyzany i wulgarne określenia męskich narządów albo aktów płciowych, ale słów na wiatr nie rzuca. I może to mnie zmobilizuje.
Czemu zaś w ogóle przejmuję się zastojem na swoim blogasku, który czyta garsteczka ludzi? Ponieważ im dłużej trwa ta przerwa, tym mniej chce mi się w ogóle logować na bloggerze, mniej chce mi się próbować sklecić jakiś tekst i zaczynam myśleć, że cała ta zabawa jest głupia i pozbawiona sensu.

A przecież nie wszystko, co robimy, musi mieć sens i być mądre. Jeśli coś sprawia nam frajdę, to jest to wystarczający powód, żeby nie przestawać tego robić. Tako rzekłam ja, Kot Coelho,  z uroczym wynikiem czternastu ledwo rozpoczętych i porzuconych wpisów, które lepiej byłoby skończyć niż skasować. Albo i nie. Zobaczymy.

Puenta lepsza niż sam wpis
źródło